Przeinaczenie

Dwaj faceci pochylali się nad ciałem. Sprawdzali czy gość żyje? Może. Ale na pewno nie po to, by wezwać pogotowie. W ręku jednego dyndała klamka; dałbym głowę, że jeszcze dymi, a huk ciągle przetaczał mi się przez głowę. Drugi trzymał rękojeść noża w sposób wykluczający chęć grania w pikuty. Co to były owe pikuty – nie wiedziałem, ale kiedyś, gdy chwyciłem nóż po swojemu, szef odezwał sie do mnie z pogardą: co ty, w pikuty będziesz grał? Zapamiętałem to na całe życie. No, więc ten tutaj najwyraźniej nie miał sportowego zacięcia. Mógł co najwyżej przypieczętować (na czerwono) dzieło rozpoczęte przez klamkarza.

Poznałem ich, a jakże. To byli ludzie Mariana. Sam miałem z nimi  na pieńku. Ale znów się wywinąłem. Leżący gość nie miał tyle szczęścia. Cóż; ryzyko fachu. Branża niepewna i nerwowa. Prędzej czy później noga może się powinąć. Tym razem padło na niego. Kiedyś przyjdzie pora i na nich. A na mnie? Pewnie też. Kolej rzeczy.

Moja rola polegała na dostarczaniu im towaru i odbieraniu zapłaty. Ale nigdy w tym samym podejściu. Ryzyko należy minimalizować. Towar bez kasy to ledwie pół dowodu. Za to kasa bez towaru to brak dowodu. Logika podpowiada jak postępować. Byle tylko bilans się zgadzał. Jak u lotników: tyle samo startów co lądowań. 

A numer można wywinąc tylko raz. Ostatni raz.

Co innego, gdy się pokombinuje. Żal mi było kolesia, który tam leżał. Domyślałem się kto to, chociaż go zasłaniali. Najwyraźniej doszli do wniosku, że to on ich robił w hawełkę…

Przekazywałem im biały proszek albo pokruszone liście. Średnio dwadzieścia porcji, z których ja kompilowałem dwudziestą pierwszą. Oczko! Z czegoś trzeba żyć, nie? Człowiek ryzykuje, płacą mu jak kot napłakał i jeszcze się dziwią, kiedy zgrzyta zębami. Tym sposobem po miesiącu miałem dwadzieścia porcji. Utarg oddawałem cały, bo kasę trudniej zwinąć. Zresztą, z szefem nie chciałem mieć do czynienia.

Ale urwany towar - nawet po cenie dumpingowej – miał swoją wartość. Żyło się dostatniej. Jełopy nic nie zauważyły. Woziłem się tak z nimi już trzeci miesiąc. Aż do dzisiaj.

Szkoda faceta…

Nie, nie miałem wyrzutów sumienia. Padł ofiarą pomyłki, ja w tym palców nie maczałem. Pewnie komuś przyszło do głowy ważenie. Wyszedł brak i… od razu padło na mojego zmiennika. Zawsze był taki bezczelniejszy i pewniejszy siebie.

Teraz trzeba się przyczaić. Albo… Odłożyłem dwadzieścia pięć porcji. Na czarną godzinę. Może czas pomyśleć o własnym biznesie? Ile się można wysługiwać za grosze? I to bez kontraktu i emerytury… A tak będzie jeszcze na – laski mówią: waciki – faceci: wodę po goleniu. I ktoś tu pintroczy o równouprawnieniach i parytetach. Różnica jest różnica. Fundamentalna.

- Chcesz trochę wody po goleniu? – zapytał kiedyś szef jednego leszcza, co to mu się zdawało, że mądry jest. – Yezzz – zaburczał tamten hardo. – Sie robi – powiedział szef i przeleciał mu po goleniu jakimś płynem. Kwasem, jak się okazało. A po goleniu w sensie, że po kolanie.

No dobra, koniec dygresji. Zmywam się. Zaraz zbiegną się ludzie, potem psiarnia. Lepiej mieć do tego dystans – jak mówił pewien koleś oglądający mordobicia wyłącznie w telewizji.

Coś mnie jednak zdziwiło. Właściwie dlaczego ja to wszystko widziałem? A mnie nikt nie zauważył?

Odpowiedź była prosta: wyrabiałem się. Byłem coraz lepszy! Spojrzałem wokół. Brama. Wszystko działo się w bramie. To wiele tłumaczyło. Wystarczyło ukryć się za załomem. Ruszyłem lekko, leciuteńko, bez hałasu i… już byłem na ulicy…

Ja parasolę! To niesamowite! Jestem Harry Potter i przenikam przez mury! Byłem dobry, ale że aż tak? A więc dalej, przed siebie. Ruch nie kosztował mnie najmniejszego wysiłku. Zachwycony, nie zważałem na ludzi, którzy potrącali mnie, jakbym był powietrzem. Nikt nie powiedział nawet “przepraszam”.

Ot, kultura miejska, psia ich grzywka…

Co w trawie piszczy

Wakacje w pełni. Sezon letni pozwala uspokoić oddech i przyjrzeć się, co w trawie piszczy. Otóż piszczy. I to jak jeszcze. Żyjemy otoczeni taką ilością robali, że nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. W krótkim czasie udało mi się naliczyć dwadzieścia dziewięć gatunków. Gdyby nie zapadający zmrok byłoby ich pewnie więcej. Oto moje znaleziska, w kolejności odkrywania.

Grubal – robal gruby

Grobal – robal śmiertelnie poważny, żyje na groblach (po staropolsku Grobliczem zwany)

Robol – robal pracowity

Drobal – robal drobny (robalek)

Rabol – robal rabuś (chciał mi gwizdnąć portfel, ale to ja gwizdnąłem i się przestraszył)

Robalek – robal drobny, też leczniczy

Robalina – samica robala w kształcie liny

Skrobal – robal przystosowany do obierania ziemniaków

Rąbal – robal drwal

Robalacz – robal obalający lub obalająco-lejący

Robalik – niewielki robal w kształcie rogala

Krobal – robal podobny do krowy

Krabal – robal podobny do kraba

Trobal – robal kłopotliwy (występuje głównie na Wyspach Brytyjskich)

Brobal – robal brodaty

Probal – robal “za”

Labor – robal wspaczny lub laboratoryjny (ryjący w laboratorium)

Trąbal – uwielbia grać na trąbce

Grabal - specjalizuje się w grze na balach (drewnianych) oraz grabieniu podłoża i sąsiadów

Rybal – robal rybi (uwielbia rybalizację, nienawidzi haczyków)

Boral – robal przestawny lub borujący (zwany też Boratem wśród robali)

Trubal (truebal) – robal trubkowy(?) lub prawdziwy (przede wszystkim U.S.A.)

Thrubal – robal przenikliwy lub przenikający (tamże)

Drąbal – robal wyrośnięty

Rubal – cenny robal rosyjski

Prabal – robal antyczny

Scrabble – robal jajeczniczo-planszowy (przeważnie Kraje Commonwealthu)

Hrabal – robal czeski literacki

Robalbal – uwielbiający balować robal podobny do rabarbaru