Dzień, w którym zniknęły słowa

Początkowo sądziłem, że coś nie tak z moim komputerem. Już nieraz spowalniał – do zawieszania się włącznie – testując moją wytrzymałość i przybliżając podjęcie decyzji o wymianie sprzętu. Ilekroć byłem jej naprawdę bliski, wychodził jednak z letargu i niczym żwawy młodzieniec zaczynał jarzyć i iskrzyć. A może wirus, myślałem coraz bardziej podejrzliwie. Taki wirus to już gorsza sprawa; nie tylko zawiesza, ale i zniszczyć może, kto wie czy nie bezpowrotnie… Co dziwne, obrazki i zdjęcia zachowywały się normalnie, to znaczy b y ł y. Powiedziałbym nawet, że pulsowały ze zwiększoną częstotliwością.

Zaniepokojony wybiegłem z domu, nie próbując nawet ciepłej i aromatycznej kawy.  W kioskach sprzedawano gazety, a jakże. Odetchnąłem z ulgą. Czy jednak nie przedwczesną? Bowiem z pozornie zwyczajnych łam, białą pustką świeciły szpalty, a kolumny uderzały nicością. I tylko zdjęcia i obrazki miały się w najlepsze… Dosadniejsze niż rzeczywistość, kolorowsze niż natura, bardziej niż zazwyczaj fałszowały dookolny świat. No i doigraliśmy się, pomyślałem. Kto słowem wojuje, od słowa ginie – wysnułem nielogiczny w tym przypadku wniosek. Kto słowa nadużywa, zostaje go pozbawiony, albo: kto słowa nie szanuje, utraci je na wieki – byłyby tu hasłami bardziej na miejscu. Ale nie miałem czasu i nastroju do tak drobiazgowych analiz. Zaprzątało mnie co innego. Czy oprócz mnie ktokolwiek coś zauważył? Nie odnosiłem takiego wrażenia. Dzienniki szły jak średniociepłe bułeczki; kupujący natychmiast wciskali je pod pachę, ręce zajęte mając zapaleniem świeżo nabytymi zapałkami świeżo nabytych papierosów. I ja kupiłem – pozbawione jakiegokolwiek wpisu – dwa dzienniki i trzy tygodniki, płacąc cenę pełną i okrągłą. Moje zawieszone w zdziwieniu spojrzenie kioskarz zbył całkowitym brakiem zainteresowania. W panice wróciłem do domu.

Z mocno nadszarpniętą nadzieją stanąłem przed książkowymi półkami. Nie zważając na tytuł wziąłem pierwszą z brzegu. Zresztą, mógłbym zważać… Już grzbiety pozbawione wklęsłości bądź wypukłości, powinny były przygotować mnie na najgorsze. W środku znajdowały się tylko puste kartki. Numerowane puste kartki… Sięgnąłem po kolejną pozycję. I jeszcze jedną. Z takim samym skutkiem. Ostały się jeno okładki i papier. Literowa zawartość mojego księgozbioru wyparowała.

Podobnie jak ciepło i zapach z niewypitej kawy. Tylko komputer mruczał niczym zadowolony kot… Nie wiem dlaczego, bo na ekranie nic się nie zmieniło. Jedynym źródełkiem ulgi pozostawał fakt, że nie zniknęły literki na klawiszach. Wszystko można było zacząć jeszcze raz. Zastanawiałem się czy ma znaczenie, której z liter alfabetu dotknę jako pierwszej. Wziąłem delikatny zamach. Palec z wątpliwością i determinacją opadał w kierunku przycisków klawiatury… W tej właśnie chwili usłyszałem gwałtowną wymianę klaksonów.

To hałaśliwa ulica dała o sobie znać.

Obudziłem się.

Słowo

Ponad wszystkie wasze uroki, Ty! Poezjo, i Ty, Wymowo, Jeden – wiecznie będzie wysoki: Odpowiednie dać rzeczy – słowo!

O wyjątkowych sytuacjach lub odczuciach zwykliśmy mówić, że nie da się ich wyrazić słowami. Byłżeby koryfeusz w błędzie? Chyba nie! Wziąwszy pod uwagę wszechogarniającość kilku, niemalże rytualnych, zawołań, odnoszę wrażenie, że już nawet z ich pomocą oddać można całą złożoność wszechświata. Niech jednak pozostaną w mowie, którą barwią mięsiście, niczym malarz – soczystymi chlapnięciami okapującego pędzla – płótno. Słowo pisane zasługuje na więcej szacunku. Tylko kto chciałby je czytać?

Sobie śpiewam a Muzom. Bo kto jest na ziemi, co by serce ucieszyć chciał pieśniami memi?

Otóż to, poeto. Pokora i zrozumienie mówią twoimi ustami. 

Nie dziw tedy, że ludzie cisną się za złotem, a poeta słuchaczów próznych gra za płotem, sprzeciwiając się świerczom, które nad łąkami ciepłe lato witają głośnymi pieśniami.

Idź więc sobie na rymowane albo białe udry z całym polnym i leśnym robactwem. Albo próbuj wywrócić świat do góry nogami. Ale nie oczekuj więcej ponad własną satysfakcję.

Lecz, nie kwiląc jak dziecię, raz wywalczę się przecie; złotostruna, nie opuść mię, lutni! Czarnoleskiej ja rzeczy chcę – ta serce uleczy! I zagrałem… i jeszcze mi smutniej.

Więc spróbuj weselej!

Apentuła niewdziosek, te będy grubaśne w koć turmiela weprząchnie, kostrą bajtę spoczy, oproszędły znimęci, wyświrle uwzroczy, a korśliwe porsacze dogremnie wyczkaśnie!

Trochę jakby… mało zrozumiałe. Ale nie poddasz się, prawda?.. Bo kiedyś dostałeś się pod władanie słowa.

I od tej pory, za pół kilo gruszek, za dwa pomidory, śpiewam, bo muszę…

Nie narzekaj więc, bo wielu i bez owoców musi się obejść. Niech jednak trwają w wierze, że pisanie dla siebie nie jest pozbawione zalet. Raz, że inaczej nie sposób odkryć drogi do sadu. Dwa – nie ma lepszego sposobu, aby utrwalać pomysły wpadające do głowy. Zgoda, może nie wszystko należy pamiętać. Ale na pewno nie warto wszystkiego zapominać.

Jeśli ktoś mógł napisać książkę, a nie zrobił tego, niech poczuje się jakby ją stworzył, a następnie utracił. Niezapisane słowa obumierają. Rodzą się z wyrokiem zapomnienia.

Na szczęście rękopisy nie płoną. Ale książki tak. Fahrenheit 451. Temperatura, w której zajmują się ogniem. Wizja świata z zakazem słowa pisanego. W ponurej futuresce, książki stały się funkcją ludzkiej pamięci. By jednak mogły doń trafić i w niej przetrwać, wcześniej musiały zostać napisane.