Dziwny to był spacer. Pies z całą stanowczością odmówił wejścia do lasu; próby nakłonienia go perswazją lub siłą, mogły zakończyć się rozerwaniem więzi albo smyczy. Jak dwa cienie przemykaliśmy poboczem lokalnej drogi, którą tego ranka poprowadzono objazd. Na jeden dzień, ze ścieżynki stała się arterią. Marsz - równolegle do spienionego i nadmiernego nurtu – nie należał do przyjemności. Mój towarzysz był niespokojny; raz z przodu, raz z tyłu – nigdy koło mnie - węszył nerwowo i było jasne, że wyczuwa w powietrzu jakiś potężny ładunek przerażającej go energii.
Aż naraz wszystko się zmieniło.
Nie przejechał już żaden samochód.
Zamilkły odgłosy dalsze i bliższe.
Pies uspokoił się.
I wówczas – z przeświadczeniem silniejszym od pewności – zrozumiałem, że nie ma już nic.
Właśnie skończył się świat.
Ta świadomość – miast przerazić – napełniła mnie uczuciem wiekuistej ulgi.
Od teraz już zawsze będziemy iść obok siebie.