Ten kłapouch był każdorazowym świadkiem moich biegowych aktywności. Już wkrótce nie tylko ja go dostrzegałem, ale i on – uroczystym przyświstem i dość pospiesznym truchtem – reagował na mój widok. Próbując zacieśnić znajomość, częstowałem go pękiem soczystej trawy albo podsuszoną bułką. Przyjmował daniny z charakterystyczną dla siebie godnością. Bez ostentacji w żadną stronę; czasami odmawiał, przeważnie jednak zajadał z wyraźnym apetytem. Potem odwracał się dostojnie, a odchodząc, machał ogonem na pożegnanie. Aż nagle zniknął z dnia na dzień. I było już tylko pastwisko bez osła, szarzejące, mokre, potem przykryte warstwą śnieżnego puchu a jeszcze później – lodowej zmarzliny. Wreszcie odradzające się młodą zielenią i kipiące kolorami, i zapachami letniej łąki. I przekwitające kolejną jesienią…
Wyglądałem go za każdym razem, ale wraz z upływem czasu i zmianami pór roku przyzwyczaiłem się do faktu, że go po prostu nie ma.
Lecz właśnie dzisiaj pojawił się znowu. Jak gdyby nigdy nic, przykłusował rączo do płotu i wpychając mi pysk w dłonie, sprawdzał czy znajduje się w nich coś godnego uwagi.
Pobiegłem dalej, czując jak odradza się we mnie kilka pogrzebanych nadziei.