– Więc mówi pan, że ciało znaleziono w pobliżu woliery?
– Tak, przed samym wejściem. Wygląda na to, że zmarły miał zamiar wejść do środka.
– Dlaczego pan tak sądzi?
– Bo zasuwka była odsunięta, a drzwi lekko uchylone.
– Myśli pan, że coś mu się stało właśnie w tym momencie?
– Na to wygląda.
– A co denat tam właściwie hodował?
– Nic specjalnego. Kury, papugi…
– Kury i papugi? Ciekawy zestaw…
Zapadła cisza.
– Taaak… Mamy więc prawdopodobnie do czynienia z najnormalniejszym w świecie atakiem serca…
– Też tak myślałem, ale…
– Ale? – czujnie podchwycił inspektor.
– Ale jest coś, co nie daje mi spokoju.
– A mianowicie? – wyciąganie informacji ze starszego posterunkowego Bociana było istną katorgą.
– Jego szyja. Wygląda, jakby ktoś ją pokłuł. Albo…
– Niechżesz pan mówi! Czy muszę wyrywać panu każde zdanie z osobna?!
– Albo… podziobał…
– Czy te jego ptaki mogły być agresywne?
– W takim stopniu, w jakim mogą być agresywne kury albo ary – Bocian relatywizował filozoficznie.
– A czy jest pan pewien, że żaden z ptaków nie wyfrunął z woliery?
– Trudno je tam wszystkie policzyć. Rodzina była w szoku. Tylko… żona denata wspominała o jakimś dziwnym gatunku, który mężowi rzekomo udało się wyhodować. Ale nie wiemy jaką wartość mają jej słowa.
Inspektor zbladł. Po chwili wstał zza biurka i strasznym głosem powiedział:
– Boże! Ja już wiem co go zabiło. To była kurara…