Konieczność wymiany myśli należy do najbardziej elementarnych potrzeb człowieka. Pierwotnie – jak do dzisiaj w świecie zwierząt – służył temu język gestów, znaków i zachowań. Życie w ewoluującej grupie – wiele wieków później nazwane cywilizacją – nauczyło nas kontroli odruchów. Ich miejsce stopniowo zajmowała mowa – subtelniejsza i bardziej wyrafinowana forma komunikowania się. W kolejnych stadiach rozwoju – sublimowana i wzbogacana z jednej strony, zubażana i trywializowana z drugiej – stała się językiem kodów nie zawsze nazywających rzeczy wprost i po imieniu.
Weźmy na przykład list rozpoczynający się od słów: „Drogi taki a taki” a kończący się frazą: „Twój szczerze oddany”. Dobroduszność użytych zwrotów może równie dobrze oznaczać zażyłość korespondentów, co okazać się lukrem na… wymówieniu z pracy.
Niekiedy słowa zawierają sens dokładnie odwrotny od potocznie im przypisywanego. Skrajnym przykładem jest tutaj pewne natręctwo językowe. Używana w formie pytającej partykuła „nie?”, dodawana do każdego prawie zdania, oznacza w istocie – „tak!” (nie?). Czy to dobrze, czy źle? Nie wiem. Wiem tylko, że mowa zwodzi.
W tej sytuacji, niemniej ważne – a niekiedy ważniejsze – stają się słowa niewypowiedziane. Melanż niedomówień, możliwości i wariantów.
Otwartym pozostaje pytanie, czy słowa oznaczają dla nas to samo, czy też to samo ale inaczej? Weźmy dla przykładu kolor zielony (i nie bawmy się w jego odcienie). Nie ma wątpliwości, że mówimy o jednym, ale czy jest pewne, że identycznie to widzimy i odczuwamy?
Istnieją plemiona rozpoznające się dotykiem. W naszej szerokości geograficznej, rzecz nie do pomyślenia. Wystarczy wyobrazić sobie poranny tramwaj pełen obmacujących się ludzi, aby absurdalność takiego pomysłu raz na zawsze wywietrzała nam z głowy. Mieszkańcy metropolii Dalekiego Wschodu zmuszeni byli ograniczyć tak zwane pole osobiste do powierzchni o promieniu kilku zaledwie centymetrów. Przy ich dyscyplinie wewnętrznej i wsobnej ekspresji okazało się to możliwe. Jak byłoby u nas? Poczekajmy, aż liczebność największych miast zwiększy się o jakieś… dwadzieścia milionów, a ich powierzchnię unerwi pięćdziesiąt linii metra.
W sensie czysto fizycznym – jesteśmy coraz bliżej siebie. Ale nawet najnowocześniejsze wynalazki w dziedzinie wymiany myśli nie podważają faktu, że właśnie mowa pozostaje głównym jej narzędziem.
Język potoczny to zaledwie przedpole dla poezji: reakcji słownej, w której poszczególne elementy ulegają deatomizacji, po czym zmartwychwstają z zupełnie nowym literackim DNA. Inna chemia nadaje im nowych znaczeń.
Przychodzi wszakże chwila, w której z mozołem docieramy do granic słowa, z głębokim bólem stwierdzając, że dalej istnieje już tylko jego antyteza.
A więc – milczenie.
W sukurs spieszą nam jeszcze dźwięki i obrazy. Bezsłowna myśl totalna, próbująca wedrzeć się w najsekretniejsze zakamarki jaźni. Ekwiwalent rozpostarty między słowem a ciszą…
Jest takie powiedzenie: licz się ze słowami. Może sens owego napomnienia jest głębszy niż się z pozoru wydaje? Może w istocie znajdują się gdzieś liczniki naszych słów? Wartościujące je i rzucające na przeciwstawne szale.
Która z nich przechyli się w chwili ostatecznego ważenia, za tą podążymy.
Ku bezkresowi lub w otchłanie.