Dziś rano wyciągnąłem ze skrzynki pocztowej pustą, w dodatku niezaklejoną kopertę. Postanowiłem wyjaśnić nieporozumienie. Korzystając z danych umieszczonych w lewym górnym rogu, wystukałem podany numer.
- Nie, to nie pomyłka – zaszczebiotała do słuchawki dyżurna telefonistka. – Kierując się troską o standardy życia publicznego, nasza firma postawiła na transparentność i zaczęła wysyłać listy otwarte.
- A czy nie uważacie państwo, że jest to działanie trochę… pozbawione sensu? – zaryzykowałem.
- Drogi panie! – zirytowała się rozmówczyni. – A pan by chciał i standardy, i transparentność i jeszcze sens? Nie za dużo tych oczekiwań? – ironizowała. – Nie rób nic – źle. Zrób cokolwiek – jeszcze gorzej. Oj ludzie, jak wam dogodzić? – zakończyła z goryczą i trzasnęła słuchawką, aż mi baza podskoczyła.
Może jej gniew był słuszny, a ja okazałem się małostkowy? Przecież nie od dzisiaj byłem adresatem ozdobionych stalową płytką listów dużej wagi. Z tych milionów metalowych sztabek dałoby się pewnie zbudować ze dwa lotniskowce.
Tylko – no właśnie – po co nam lotniskowce?