Drzwi a sprawa Czarnoleskiego

Jakiś czas temu zdarzyło mi się dość nieopatrznie zobowiązać do napisania recenzji „Ostatniego koncertu”  (http://hajton.wordpress.com/2012/02/29/ostatni-koncert/). Mało tego; aby nie być posądzonym, że się czepiam – a już zwłaszcza, przystępuję do pisania tekstu z gotową tezą – miałem przyjrzeć się „dziełu” od zgoła nietypowej strony. Trudno i darmo – jak mawiała moja babcia. Słowo się rzekło. Niech częstotliwość i sposób pojawiania się w książce… drzwi, tak właśnie, najróżniejszych drzwi, da odpowiedź na proste pytanie: czy B. C. nie próbował czasem wywarzyć tych, które od dawna już są otwarte?..

Na początku występują jako figura czysto metaforyczna.

  • Czytelnicy zamykali z westchnieniem książkę, a bohaterowie – z ulgą – drzwi, by przekonać się już wkrótce, że magia, niezwykłość, krótkotrwała intensywność, mogąca tygodniową zawartością wypełnić i pół ludzkiego życia – musiały znaleźć kompensację w bytowaniu może faktycznie długim i szczęśliwym, ale także nieco… codziennym.

Za to już w kolejnych pojawia się człowiek.

  • Nie musiałem długo czekać; po tygodniu adwokat zapowiedział się telefonicznie, by wkrótce zakołatać do moich drzwi.

A w następnych… pies!

  • – Miłość zupełnie nie tragiczna, tylko trochę dramatyczna – i niekiedy komiczna! – krzyknęliśmy w duecie, ponieważ w drzwiach pojawił się Eston wracający z patrolu; gdy tylko nas dostrzegł, wystartował do rozbiegu, zakończonego efektownym skokiem, którym wbił się między nas, na trzeciego.

Kolejne nie są ani metaforą, ani też tłem dla jakiejkolwiek postaci. Ot, drzwiowa proza.

  • Była też toaleta z łazienką i prysznicem oraz skryte za solidnymi drzwiami zejście do piwnicy.

Za to następne służą do wyrażenia czynności akustycznej (dodam, że chodzi o drzwi samochodowe) –

  • – Nic tu po nas… – rzucił Robert trzaskając drzwiami.

lub – jak w kolejnym przypadku – akustyczno-zagłuszającej:

  • I to mnie właśnie tak wk… – ostatnie słowo zostało zagłuszone przez głośno trzaskające drzwi.

Pojawiającym się teraz trzeba przypisać znacznie bardziej artystyczny charakter.

  • Drzwi dla publiczności zostały otwarte na pół godziny przed rozpoczęciem koncertu.

Za to dwa kolejne przypadki brzmią, trzeba przyznać, trochę niepokojąco.

  • Drzwi od mieszkania uchyliły się bezszelestnie.
  • Bielski delikatnie pchnął drzwi od łazienki…

I tym sposobem dotarliśmy do końca pierwszej części. Powiedzmy szczerze: otworów wejściowo-wyjściowych nie było na tyle dużo, aby pokusić się o głębsze wnioski. Zresztą, wniosków miało nie być; niechaj drzwi mówią same za siebie.

Część druga.

  • Pędem ruszyłem w stronę jednych, potem drugich drzwi, które powinny otworzyć się automatycznie.

Powinny były… Czyli pewnie się nie otworzyły. Nareszcie coś się dzieje…

  • Za drzwiami wagonu pojawiła się obsługa pociągu.

Miejsce akcji też jakby się określiło.

  • Gdy dotarliśmy na widownię, otwierano właśnie drzwi dla publiczności.

Coś podobnego już chyba było, panie Czarnoleski…

  • W ciągle nieskazitelnej ciszy usłyszałem skrzypnięcie drzwi.

I akustyczne wykorzystanie też jakby w powtórce, choć tym razem cichutko, przyznaję.

Następne drzwi różnią się jednak od poprzednich. Już choćby swoją mobilnością.

  • Niezatrzymywany przez nikogo przekroczyłem granicę ruchomych drzwi, wpadając od razu w barwny, rozfalowany wesołym oczekiwaniem tłum.

A następnie:

  • Przez uchylone drzwi wpadłem do domu.

Raczej oczywiste; trudno, żeby dostał się do środka przez zamknięte. Chociaż, z altowiolistami nigdy nic nie wiadomo…

  • Pielęgniarka delikatnie wypchnęła mnie z gabinetu, zamykając za mną drzwi.

Nawet służba zdrowia miała go dosyć?

  • Drzwi gabinetu otworzyły się po dobrej godzinie.

Ciekawe, co bohater robił przez ten czas?

  • Gdy ruszyłem w kierunku drzwi, adwokat wstał i czyniąc gest, jakby chciał ściągnąć okulary powiedział ściszonym głosem: – Niech pan chwilę zaczeka.

O proszę, nawet dialog od czasu do czasu się pojawia…

  • Weterynarz zamykał właśnie drzwi od praktyki.

Zamykają, otwierają… Czy ilość działań przy drzwiach jest naprawdę aż tak ograniczona?

  • Dottore westchnął, ale najwyraźniej chciał w stu procentach wykluczyć mój udział w konsumpcji spaghetti, bo ponownie otworzył zamknięte już drzwi.

Otworzył zamknięte, a to ładne… Nawiasem mówiąc, ciekawe, co temu dottore przeszkadzał udział Bartosza w posiłku? Czyżby altowiolista nie potrafił zachować się przy stole?

  • Ścieżka prowadząca do drzwi wejściowych wspinała się pod dość sporym kątem, zaś to, czego szukałem znajdowało się nad portykiem; bez uniesienie głowy nie miało prawa znaleźć się w zasięgu wzroku.

Portyk. Jakie ładne słowo… (coś jak „portugalski gotyk”).

  • Tablica z nazwą i herbem stanowiła rodzaj drzwiczek, dających się otworzyć po wysunięciu dwóch metalowych bolców.

Nareszcie jakieś zdrobnienie. Już się bałem, że dla wyobraźni pisarskiej pana C. znalezienie drzwi w wymiarze mini jest wyzwaniem ponad miarę.

Tymczasem szczęśliwie (?) dotarliśmy do części trzeciej.

I od razu rozmach; drzwi nam się roztrajają…

  • Mamy tu sformułowania typu: jedno łóżko, dwa krzesła, stół, lampa sufitowa, szafa trzydrzwiowa i… niestety, niewiele więcej…

Zaś w następnym rozdziale występują aż ośmiokrotnie!

  • Dopadło mnie poczucie blokady: tyle drzwi czeka na otwarcie, a ja siedzę w poczekalni i obgryzam paznokcie…

Hm, nie chciałbym być złośliwy, ale zamiast obgryzać paznokcie…

  • W solidnym, betonowym ogrodzeniu – dotąd sądziłem, że zazdrośnie strzeże tajemnic zupełnie innej posiadłości – uchyliły się wcześniej niedostrzegalne drzwi.
  • Bałem się, że odburknie coś w rodzaju: to niech pan zaparzy herbatę, ale w tym momencie z uchylonych drzwi w ogrodzeniu wyłonił się wysoki blondyn z długimi włosami, na widok którego twarz mechanika rozszerzyła się w uśmiechu.
  • Na wszelki wypadek sprawdziłem czy drzwi alto są dobrze zatrzaśnięte.
  • Gdy otworzyłem drzwi, Eston zrobił coś zupełnie nieoczekiwanego.
  • Drzwi od usytuowanego na czwartym piętrze mieszkania kwartetowych kompanów były uchylone.
  • Automat zatrzaskujący drzwi wejściowe zakląskał pożegnawczo.

Muszę przyznać, że „pożegnawcze kląskanie” brzmi nieźle.

  • Niech pan nie zamyka drzwi, wrócimy jeszcze po nogi – rzucił jeden na odchodnym.

No, no… O jakich nogach mowa?..

  • Kelnerzy otwarli drzwi i znaleźli pana K. siedzącego na sedesie.
  • Jeden z kelnerów pokazał nam jeszcze, jak za pomocą monety można otworzyć lub… zamknąć drzwi od kabiny.

Uroczo, nieprawdaż?

  • Rozległo się pukanie do drzwi.

Wtórne. W iluż to książkach rozlega się pukanie do drzwi?..

  • Nadkomisarz lekko popchnął mnie w kierunku drzwi.

Gry i zabawy towarzyskie?

  • Epoki i ustroje się zmieniają, ale drzwi w konserwatorium trwają na ociężałych pozycjach.
  • Potem wspomina się i te szkoły, i ten okres beztroski, pełen możliwości, gdzie wszystko dopiero przybiera kształt, a żadne drzwi nie wydają się zamknięte…

No proszę, mamy i filozoficznie!

  • W drzwiach gabinetu minąłem się z grupką mężczyzn ściągających na wezwanie szefa.

Czyżby zbierali siły do finału?

Okazuje się, że nie, bowiem akcja trwa w najlepsze.

  • Bezgłośnie przyłożyłem ucho do dębowych drzwi pokoju czterysta siedem.

Chciałbym zobaczyć, jak przykłada się ucho do drzwi – głośnie.

  • Stałem nieporuszony, przygotowany, że drzwi znienacka się otworzą i stanie w nich rozwścieczony P.

Chciałbym zobaczyć, jak można stać poruszonym…

  • Wyważyć drzwi?

Na szczęście nie było potrzeby.

  • Drzwi uchyliły się bezszelestnie.
  • Dlatego wyglądam, jakbym twarzą otwierał szklane drzwi.

To tak wygląda bezszelestne otwieranie drzwi przez altowiolistę?

  • Ł. klepnął mnie w plecy z siłą… drzwi do konserwatorium.

Ryzykowne porównanie…

  • U końca korytarza znajdowały się jeszcze jedne drzwi, opatrzone imponującą kłódką szyfrową.

No, no, obiecujące…

  • Wejdź przez złomowisko i dostań się do drzwi w ogrodzeniu.

Brzmi jak instrukcja.

  • Drzwi w betonowym ogrodzeniu znajdowały się o kilkadziesiąt kroków.
  • Manipulując przy drzwiach będę oświetlony niczym futbolista w akcji…

I dalej.

  • Drzwi od strony kierowcy zwisały smętnie.

Dlaczego smętnie?

  • Wepchnął nos w szczelinę między framugą a drzwiami, gwałtownym ruchem głowy uchylił je i tyle go widziałem…

Domyślam się o kim mowa…

  • Przebiegając obok antykwariatu wsunąłem pod drzwi kartkę i nacisnąłem dzwonek.

No i dobrze, bo to już ostatni gwizdek „Ostatniego koncertu”.

  • Człowiek ten podbiegł do maszyny i otworzył drzwi od strony pasażera.
  • Posłusznie okrążyłem dom i przekraczając lekko uchylone drzwi znalazłem się w jego środku.
  • Na antresoli znajdowało się kilkoro drzwi.

W finale szykuje się nam prawdziwy drzwiowy festiwal.

  • Wyłożone średnio gustowną, obficie lakierowaną boazerią, oświetlone było na tyle jasno, że bez trudu dostrzegłem przy drzwiach pilota, z bronią gotową do strzału.

No, no, aż się boję.

  • Krzyknąłem, ale w tym samym momencie, gdzieś w pobliskim lesie rozległa się eksplozja tak potężna, że w pokoju powypadały szyby z okien, ściany zadrżały w posadach, a drzwi wyleciały z futryn.

Pan C. najwyraźniej przestał żartować. Tym bardziej, że:

  • Brak szyb i powybijane drzwi przyspieszały dzieło zniszczenia.

Krótko mówiąc, wesoło nie jest. Mimo wszystko, z nadzieją zajrzyjmy do epilogu.

  • Mój niezaspokojony zmysł analityczny z wielką ulgą przyjął dzwonek do drzwi, zwiastujący, że godzina prawdy wybija.

Może więc nie wszystko jeszcze stracone?..

  • – Zgadza się; przecież wybuch powybijał szyby i pootwierał drzwi na oścież…

Rzeczywiście się zgadza. Tylko co byliśmy tego świadkami.

  • Po chwili drzwi na dole trzasnęły, a na schodach dały się słyszeć ciężkie, choć nieregularne kroki.

Kto to?

  • Otwarłem drzwi w samą porę.

A mi pozostaje je zamknąć, był to bowiem ostatni cytat z drzwiami w roli głównej.  

Dodajmy tylko, że zostawiłem w spokoju bramy, nie czepiałem się wejść i nie szukałem wyjść bardziej wymyślnych, złożonych i zaskakujących.

A na zakończenie niespodzianka. Fragment arii, której słowa odgrywają w książce rolę jednego z tropów pomocniczych (w końcu mówimy o kryminale). Tym razem w interpretacji całkowicie niepowtarzalnej…

Zawsze dochodzi piąta

Malwina jak co ranka spoglądała przez okno. Dochodziła piąta. Sąsiedzi, jeden po drugim, wyprowadzali swoje psy. Gdy inni wracali z zakupów, z siatkami pełnymi świeżych bułek, mleka, pietruszki i nienawiści, dochodziła piąta.

Na schodach rozlegał się tupot spóźnionych dziecięcych nóg.

Dochodziła piąta.

Poranny szczyt przemijał; lokalna drużyna pierścienia zgadywała się na pierwsze wyprawy.

Ciągle dochodziła piąta.

Pod blokiem zjawiał się listonosz, jak zazwyczaj naciskając dzwonek przy numerze trzy; tam przynajmniej nie krzyczeli „kto?!”, a on nie musiał opowiadać się hasłem „poczta” w domofon. Po prostu otwierali.

Przed piątą.

A gdy dwójka takich, co to nie sieją, nie orzą a jedzą i piją, wychodziła z domu – przeważnie osobno, ale niekiedy razem –

również dochodziła piąta.

“Artyści…” – prychano czasem. Jeden z nich zawsze grzecznie się Malwinie kłaniał. Nie mogła wywnioskować czy jest po prostu uprzejmy, czy też kpi sobie z niej.

Przed piątą.

Niezależnie na którą godzinę szli do pracy mieszkańcy budynku,

zawsze dochodziła piąta.

Podobnie jak w chwilach, gdy na horyzoncie pojawiały się obwieszone siatkami i dziećmi mamy przedszkolaków, a młodzież wracała ze szkoły, by wkrótce rozpocząć popołudniowe zajęcia.

Gdy z mieszkań dobywały się zapachy warzonych obiadokolacji, a potem – najpierw niecierpliwe, później syte i zadowolone odgłosy konsumpcji –

niezmiennie dochodziła piąta.

W osiedlowym sklepie struktura zakupów zmieniała się wraz z porą dnia. Im później, tym więcej sprzedawano napojów wysokoprocentowych.

Ale godzina była ciągle ta sama.

Przed piątą

wybuchały awantury; czasem łagodne i niezdecydowane, takie bardziej pro forma, mające na celu wykorzystanie wszelkich form życia stadnego, to znów krótkie i gwałtowne jak letnie burze.

Zapadał zmrok, ośmielający niektórych do zajęcia miejsca na ławeczce.

Dochodziła piąta.

Okna błyskały ekranami telewizorów, na których programy zmieniały się w tym samym czasie. Reklamy, informacje. Rozrywka, sport. Fabuła.

Zbliżała się piąta.

Gdy jeszcze później mrok eksplodował przyśpiewką kibicowską lub nieco przedwcześnie zaintonowaną pieśnią wojskową „Godzina piąta minut trzydzieści”

– przecież doskonale wiemy co pokazywał zegar –

godzina trwała.

Nie zmieniała jej nawet soczysta wiązką pijanych przekleństw.

Gdy w nocy trzaskały drzwi, zamykane gniewną ręką tych, którzy powracali do domu w niezgodzie ze światem, a w niebo wzbijały się przytłumione i pospieszne jęki kochanków –

dochodziła piąta.

Blok zasypiał; z zasłużonego wypoczynku próbował go wyrwać jakiś zupełnie już zapóźniony rycerz nocy.

A nad ranem budynek otwierał oczy, przecierał je, próbując w wąskim paśmie okna nad firankami dostrzec zapowiedź świtu, dobrą wróżbę na nadchodzący dzień.

Dochodziła piąta.

Działo się tak już ponad dwa lata, kiedy to pewnego dnia, kilka minut przed piątą, baterie w jedynym ściennym zegarze Malwiny odmówiły posłuszeństwa. Już następnego ranka wnuk obiecał, że przyniesie nowe. Później obiecywali to również inni: sąsiedzi, znajomi, bliższa i dalsza rodzina. Ale, prawdę mówiąc, nikomu się to nie udało. Zaganiany świat taki, myślała Malwina wyrozumiale. Aż w końcu przyzwyczaiła się do nowego porządku i gdy któregoś ranka pani Stenia wpadła radosna z paczuszką baterii R14, Malwina po jej wyjściu wyrzuciła je do kosza. Już nie chciała zmian. Tak było prościej. “Przed piątą” stało się osią jej życia. Skryta za jej niezmiennością, czuła się bezpieczniej niż kiedykolwiek dotąd.

To był jedyny parametr świata, któremu mogła zaufać.

Martwa natura z jajami

W publicystyce oraz debacie publicznej coraz częściej używa się powiedzeń dosadnych. Określeń przaśnych, mających jasno obrazować tezę, że głoszący je to fajny chłop (ewentualnie baba). Nie wywyższa się. Mówi otwartym (i zrozumiałym) tekstem. Wali prosto z mostu, między oczy, a jak trzeba to i poniżej pasa.

Jako że okres mamy powielkanocny, odwołam się do ukochanej przez wielu mówców retoryki jajecznej.

Ten to ma jaja. Facet z jajami. Zdarzają się nawet baby z jajami (domyślam się, że chodzi tu o kobiety handlujące nabiałem z wiklinowego kosza). Oto dzisiejsze dowody najwyższego uznania. Nie dziwi, że senator (a wcześniej aktor) Arnold Schwarzenegger cieszy się tak wielką popularnością. Aż chciałoby się sięgnąć po almanach typu:

My, ludzie z jajami – testosteronautów portret własny.

I przeciwnie.

Facet bez jaj, czy beznabiałowiec (Lepiej taki się nie rodził, co bezwstydnie bez jaj chodził) uchodzą za najbardziej obraźliwe epitety.

Poczciwe jajo, zwiastun nowego życia, stało się jednostką ze wszech miar pożądaną i godną posiadania (najlepiej w parze). Chyba samo nie sądziło, że przyjdzie mu odegrać w historii aż tak ważką rolę. Zresztą, mogłoby o tym pomyśleć dopiero stając się kurą, a ponieważ nie wiadomo, co było pierwsze…

Krótko mówiąc, jajo to synonim samospełniającej się przepowiedni. Bowiem o ile „jaja jak berety” to jeszcze literatura, o tyle już „ale jaja” zahaczają o absolut. Podobnie jak – uwzględniające najnowsze trendy – megajaja.

Jeszcze wiele przed nami. Kto wie czy w przyszłości nie czeka nas reakcja jajeczna. Albo reaktor z jajami (elektrownię atomową można by nazwać jajecznicą). Dla równowagi ochrzcijmy chociaż makaron mianem dwu-, cztero-, sześcio- (zawsze parzyście) jądrowego.

No cóż, nie kontestuję tendencji, jedynie ją zauważając. Walka z natręctwami językowymi przypomina zbieranie z podłogi… rozbitego jajka. Widelcem.

Jeszcze jedno; od mówienia nikomu nie przybywa. I odwrotnie. Dewaluacja słów posunęła się za daleko.

Zresztą, odczepmy się od jaj. Ich szkodliwość społeczna jest niska. Nikt od nich nie ucierpi. Z wyjątkiem języka.

Słowa miłe

To, że polszczyzna – a zapewne również inne języki – nie nadążają z adoptowaniem zalewającej je masy zwrotów obco- (głównie anglo-) języcznych jest faktem bezspornym. A szkoda, bo istnieją przykłady dowodzące, że w podobnej konfrontacji nasze słowa wcale nie muszą stać na przegranej pozycji. Dwa najdobitniejsze z nich to: samochód, który dawno już pokazał figę automobilowi, oraz samolot, co z jeszcze większą szybkością oddalił się od aeroplanu.

Są wszakże i takie, które – choć obcego pochodzenia – wspaniale przyjmują się w nowym mateczniku, brzmiąc jak jego odwieczna, „korzenna” składowa. Jedno z nich wprowadził bodaj czy nie pewien zasłużony komentator hokeja na lodzie. Chodzi o tak zwany bodiczek (lub tak zwanego bodiczka), w oryginale: bodycheck (dosłownie – sprawdzian ciała). Rzecz polega na zderzeniu się z przeciwnikiem na pełnych obrotach, lub – ujmując rzecz nieco symbolicznie – na udowodnieniu wyższości swego poroża. Słowo miłe, a zarazem jakże przydatne, bo zjawisko trykania – jako twórcze i rozwojowe – dawno już opuściło zamkniętą perpektywę hal sportowych. Na cześć bodiczka: hip, hip, hurra!

Inne słowo pochodzi z włoszczyzny, której zasługi językowe – głównie dzięki królowej Bonie – są nad Wisłą nie do przecenienia. Te wszystkie pomidory, makarony… Gdyby nie one – co właściwie jedlibyśmy dzisiaj?.. Kluski z sosem z czerwieniaka?!

Niedawno miałem przyjemność odwiedzić niezwykle przytulną – i takoż nazwaną – jadłodajnię (Papu u Zdzicha). W menu z rozrzewnieniem natknąłem się na… spagetki! Była to lokalna, dość bryjowata odmiana spaghetti, ale nie smak się liczył, jeno inwencja szefa. To dzięki niej danie smakowało wybornie. Spagetkom po trzykroć tak!

I na koniec malutki przykład z Belgii. Pewien rodak poinformował mnie, że mieszka w Brukseli i pracuje na Skarbku. Wychodząc wzrokiem naprzeciw moim wybałuszonym oczom, spojrzał z lekką pogardą (oko lewe) i zauważalną wyższością (oko prawe).

– Skarbek, dzielnica Brukseli. Naprawdę pan nie słyszał?

– A! Schaarbeek! – olśniło mnie w końcu. I od razu przyznałem rozmówcy słuszność. Po co wynaturzać się językowo, przeciągając – niczym jakaś koza – samogłoskę a, po to tylko, by za chwilę – przy wybeczanej głosce e – wpaść w baranią nutę. A Skarbek to Skarbek. Nie dość, że poczciwy i uroczy, to jeszcze cenny (cenniutki). Trzy razy tak!

Dlatego apeluję: szanujmy i chrońmy skarbki kultury językowej. One są jak delikatne i wrażliwe rośliny, które bez naszej troski nie przetrwają.

I pomyślmy: przecież w kolejce po spagetki na Skarbku nawet bodiczek może okazać się pieszczotliwy.

Incepcja

Wraz z upływem czasu coraz mocniej pociągał go element kreacji. Twórczość artystyczna? Niekoniecznie. Raczej realny wpływ na żywych ludzi i prawdziwe zdarzenia. A przynajmniej takie zaaranżowanie sytuacji, w którym ciąg konsekwencji dałoby się uaktywnić za pomocą jednego dotknięcia.

Postanowił skonstruować model przyrządu, który na własny użytek nazwał „dziejem”. Rozpoczął od pojedynczego elementu: w tunel między dwoma rzędami książek wrzucał tenisową piłeczkę. Gdy doturlała się do krawędzi stołu – zgodnie z prawami fizyki – spadała na ziemię. Upewniwszy się, że pierwsza część mechanizmu nie może zawieść, rozpoczął wzbogacanie go o kolejne stanowiska. I tak: piłeczka spadała na przycisk włączający lampkę. Na jej kloszu spoczywał balonik, unoszący się pod wpływem nagrzanego powietrza. Wszystkie działania powtarzał po wielokroć, do znudzenia i całkowitej pewności, że wyeliminowane zostało ryzyko przypadku. Najważniejsze były łączniki „dzieja”; wszystkie te miejsca, w których jedna akcja przechodziła w inną. W końcu model działał jak dobrze naoliwiona maszyna. Ze stuprocentową skutecznością. Nadeszła pora dołączenia ostatniego ogniwa.

Unoszący się balonik odczepiał ołówek delikatnie przymocowany do lampki i połączony za pomocą gumki z plastikową butelką stojącą na półce. Lecący z impetem kawałek drewna bez trudu strącał pojemnik, który spadał na ziemię. Ostatniemu stadium eksperymentu zamierzał nadać piętno niepowtarzalności. W tym celu należało zastąpić plastik szkłem, które dotknąwszy ziemi miało rozpaść się na tysiąc części.

Pełny ciąg zdarzeń – niczym prawdziwy akt kreacyjny – mógł odbyć się tylko raz. Na końcu łańcucha czaiło się nieodwracalne. Rozbitego szkła nie dało się powtórnie scalić, chyba, że po wcześniejszym stopieniu, ale tak daleko nie zamierzał się posuwać. Choć cały eksperyment miał trwać sekundy, szykował się do niego z pieczołowitością i nabożeństwem, jakby od wyniku zależeć miały dalsze losy świata.

W końcu, pewnego słonecznego popołudnia, gotowy na błysk zrozumienia – ale i nie wykluczając totalnej porażki – puścił w ruch element inicjujący. I natychmiast poczuł, jakby czas zwolnił po tysiąckroć.

Incepcja – przemknęło mu przez głowę. Sen snu we śnie… Czas rozciągał się coraz szerzej i szerzej… Aż do nieskończoności. Aż do zaniku.

Zanim piłeczka dotoczyła się do końca tunelu, dojrzał bezkres spojrzeń nasyconych miłością. I bezmiar komórek, które łącząc się, dawały początek nowym istnieniom. Kiedy spadała w kierunku włącznika, w niepojęty sposób dotknął bólu milionów: tych, którzy konali właśnie w szpitalach, których nić życia przerwana została w wyniku katastrof i wojen, którzy ginęli z ręki bliźniego lub – nie mogąc unieść dźwiganego ciężaru – z własnej ręki. Kiedy żarówka nagrzewała powietrze pod balonem, poczuł strach, smutek i żałość niezliczonych rzesz, które w tej właśnie chwili oddawały życie w rzeźniach.

Balonik – zamiast unieść się w powietrze – pękł. W nim także coś się przepaliło. Pękło nieodwracalnie.

Więc to wszystko wydarzyło się w ciągu zaledwie kilku sekund? Tak niewyobrażalnie wielki jest ból tworzenia i wysiłek unicestwiania? Sekunda pomnożona przez miliony radości i cierpień to w gruncie rzeczy lata świetlne uśmiechu, lecz przede wszystkim grymasu. Jaka pycha powodowała nim, że chciał tego zaznać? Jak nieskończenie śmieszny, karykaturalnie i katastrofalnie małostkowy wydał mu się jego „dziej”, którym próbował zrównoważyć szalę stworzenia.

Poczuł, że incepcja skończy się za moment. Ale eksperyment – choć jego przebieg różnił się od zakładanego – trwał. Ołówek mknął już na orbitę przeznaczenia. Za chwilę butelka spadnie, w gradzie szkła ostatecznie grzebiąc jego dumne i nieuzasadnione oczekiwania.

A przecież…

Ofiarą spadającej butelki mogła być niczego nie spodziewająca się mrówka, której nagły brak zdekomponuje ład i strukturę mrowiska. Albo mały pająk; niedokończona sieć nie zdoła wyhamować zdarzenia o nieprzewidywalnych konsekwencjach. Lub strudzona dźwiganiem nektaru pszczoła, która zwabiona kwiatem w wazonie wleciała przez uchylone okno, a pojąwszy, że padła ofiarą złudzenia, w szczelinie drewnianej podłogi próbuje nabrać sił przed dalszym lotem. Czy te właśnie zaniechania drobinowe nie zapoczątkują reakcji zwrotnej? Nie zakłócą tego, co dzieje od zawsze i zawsze dziać się będzie?

Gdy butelka niczym zerwane śmigło wiatraka nieodwracalnie zmierzała ku rozbiciu, rzucił się na ziemię. Z impetem sunął po gładkim parkiecie. Czuł się lekko, jak naukowiec w chwili olśnienia. Jak śmiałek ujarzmiający przestworza. Jak człowiek otrzymujący odpowiedź na pytanie, którego nie rozumiał.

Ludzie i zwierzęta

Oglądając filmy oraz seriale telewizyjne z minionych dekad natykam się niejednokrotnie na sceny z udziałem zwierząt. Bardzo różne sceny. Pominę tutaj te sielskie i sielankowe. Wspomnę o innych,  które każą mi przetrzeć oczy ze zdumienia. Przewijam odnośny fragment, aby obejrzeć go raz jeszcze i przekonać się, że nie uległem złudzeniu. Niestety, wzrok mnie nie mylił, choć bardzo chciałbym, aby było inaczej. Otóż na planie owych filmów zwierzęta są po prostu zabijane.

W jednej ze scen, autobus bezceremonialnie – choć w zgodzie ze scenariuszem – przejeżdża biegnące stadko gęsi (najwyraźniej wpuszczone lub zagnane prosto pod koła pędzącego pojazdu; zastanawiam się, ilu „dubli” trzeba było, aby usatysfakcjonować reżysera). W innej – samochód osobowy wjeżdża z całym impetem w wygrzewające się w letnim słońcu stadko gołębi. Kiedy indziej znów, gospodarz demonstrujący sprzeciw wobec władzy ludowej, seryjnie obcina głowy swemu (żywemu) inwentarzowi. Scena egzekucji barwnego koguta (w filmie jednego z uznanych reżyserów) nabiera przy tamtej masówce walorów nieomalże estetycznych.

Podobnych przypadków jest bez wątpienia dużo więcej. O szczególnie ekstremalnym jedynie czytałem: otóż „twórcy” pewnego „dzieła” polali benzyną i spalili na oczach kamer stado podhalańskich owiec.

Czy był to wynik niskiej wrażliwości społecznej, przekonanie, że upublicznione okrucieństwo przejdzie zupełnie bez echa? Mówimy o czasach, w których filmiki na Youtube nie rozchodziły się jeszcze z szybkością świetlną. Ba, nikt nie wiedział czym jest internet. Ktoś powie: „tam gdzie i życie ludzkie nie jest w najwyższej cenie, trudno przejmować się byle zwierzęciem”. Odwrócę ten tok myślenia. Tam gdzie normą jest przedmiotowe traktowanie zwierząt, trudno o dostatek wrażliwości wobec człowieka. Jak mantrę powtarzać będę: stosunek do zwierząt równa się stosunkowi do ludzi. To równanie określa naszą wspólną przyszłość.

Czy da się wykluczyć, że podobne obrazki miały wpływ na publiczną wrażliwość, a właściwie jej brak? Przecież wśród oglądających mógł się znaleźć niejeden kierowca, który doszedł do wniosku, że rozjechanie zabłąkanego psa, kota, jeża czy jakiegokolwiek innego czworonoga lub skrzydlaka (pod warunkiem, że nie uszkodzi karoserii) jest czynem z kategorii przejechania po kupce śmieci. A może nawet społecznie słusznym (odwieczny problem bezpańskich zwierząt; cywilizowane kraje próbują rozwiązać go za pomocą sterylizacji, a nie – mówiąc delikatnie – eutanazji).

Oczywiście; „twórca” może zasłonić się wyższą koniecznością: „wolnością artystycznej wypowiedzi” (nazwałbym to raczej wolnością artystycznego wypróżnienia). Może wzmocnić argumentację bełkocząc o „prawdzie emanującej z ekranu” (trzeba było kręcić dokument). Takie – i podobne – argumenty nietrudno rozbić w pył. Bowiem dlaczego – w imię tej samej prawdy – nie zabija się na planie ludzi?

„Nie czepiajmy się” – już słyszę. „Przecież zwierzęta giną tak czy inaczej: w rzeźniach, na drogach, z konieczności lub z kaprysu. To tylko dokumentowanie rzeczywistości.”

Podobnie jest z ludźmi – odpowiem. Tracą życie bezustannie i w najróżniejszych okolicznościach, a jednak żaden z filmowców nie wpadł na pomysł zainscenizowania, na przykład, autentycznego wypadku samochodowego.

Z prostej przyczyny: życie ludzkie chronione jest prawem. Ze zwierzętami jest nieco inaczej.

„Ale po co ta mowa?” – słyszę znowu. „Przecież wiadomo, że już od dawna na planie filmowym nie dzieje się im krzywda. Mało tego; czołówki lub/i napisy końcowe podkreślają, że żadne z nich nie ucierpiało w trakcie kręcenia obrazu.”

A dlaczego? – zapytam. Bo na podobne „artystyczne” eksperymenty publiczność nie chciała patrzeć. Odrzuciła je, jako dowód barbarzyństwa, a nie sztuki. Skonfrontowana z niewygodnym obrazem czuła się nieswojo. Nie chciała mieć w nim swego – choćby tylko biernego – udziału.

Z filmem dokumentalnym rzecz ma się inaczej. Oglądanie go jest świadomym wyborem; ryzykujemy, że dopadną nas obrazy niepokojące, na co dzień skrywane. Sam noszę pod powiekami kilka scen, których nie potrafię się pozbyć.

W trakcie poszukiwania w internecie recenzji z pewnego koncertu, natknąłem się – tuż obok niej – na słowną i filmową relację z miejskiej rzeźni. Reporter donosił, jak to koniowi gnanemu panicznym strachem, uwięzło między deskami rampy jedno z tylnych kopyt. Jak problem rozwiązał pracownik rzeźni? Wielkim tasakiem przypominającym maczetę, odciął uwięzioną nogę w pęcinie. Nie będę tego komentował, ograniczając się jedynie do wyrażenia nadziei, że ręka tego człowieka nie uschła; że zdążył nią potem wyrządzić wiele dobra.

„No, rzeczywiście! Nie dość że konia, to jeszcze tak! Jak można!?” – słyszę głosy pełne oburzenia. „Przecież to takie piękne, szlachetne, „nasze” zwierzę! Co innego krowa albo świnia. Żyją po to, aby rozpuścić się w czeluściach naszych układów pokarmowych. Przecież one nic nie odczuwają! Są genetycznie zaprogramowane na dawanie gardeł w ubojniach.”

Czy na pewno? Odważnym polecam beznamiętny zapis egzekucji, w filmie pod tytułem „Chleb powszedni”. Po jego obejrzeniu, odpowiedź na pytania: wiedzą czy nie wiedzą? boją się czy się nie boją? – będzie wyjątkowo klarowna.

I znowu słyszę głosy: „Przestańcie już o tych zwierzętach, kundlach, świniach i innych gadach! Mało to wokół ludzkiego cierpienia?” (nawiasem mówiąc, czym różni się cierpienie ludzkie od zwierzęcego?). „Świat jest tak urządzony i koniec! Nie da się tego zmienić!”

Mała poprawka. Świat jest tak urządzony przez człowieka. I tylko człowiek może urządzić go lepiej. Miarą rozwoju społeczeństw jest – a przynajmniej powinien być – stosunek wobec słabszych; czy naprawdę trzeba dowodzić, że ten kto podniesie rękę na zwierzę, nie zawaha się uderzyć człowieka? I odwrotnie; empatia wobec braci mniejszych owocuje radykalną poprawą stosunków społecznych i więzi międzyludzkich.

Nie zgadzam się z tezą, że można być okrutnym wobec zwierząt, miłując zarazem ludzi. Empatia nie zna granic gatunkowych, a miłość w nich zamknięta oparta jest na kruchych podstawach. Dziecko wychowane w szacunku do zwierząt, przeniesie go w dorosłym życiu na ludzi. Do czego zdolny będzie w przyszłości kilkulatek, rzucający ku uciesze swego starszego brata kotem o ścianę? Wolałbym nie zgadywać.

Jeśli ktoś nie zawaha się przywiązać psa sznurem do samochodu i włóczyć go za sobą tak długo, aż nieszczęśnikowi urwie głowę, to jestem przekonany, że zrobi to samo z człowiekiem. Jeśli tylko znajdzie okazję i wystarczające tłumaczenie. Najlepiej wychodzi nam rozgrzeszanie samych siebie. Tacy z nas kapłani codzienności.

Trudno zachować obojętność wobec dochodzących z różnych stron sygnałów o okrucieństwie wobec zwierząt, czy choćby bezdusznym ich traktowaniu. Przekonanie, że człowiek i społeczeństwo podlegają nieustannej ewolucji chwieje się w posadach. Aby nie tracić wiary, spójrzmy na to w ten sposób: niewolnictwo, feudalizm, rasizm były kiedyś zjawiskami powszechnie akceptowanymi; ba, stanowiły wręcz miarę struktury społecznej (czymże innym jak nie rasizmem gatunkowym jest nasz stosunek wobec zwierząt?). Dzisiaj jest inaczej, co wcale nie oznacza, że zniknęły wszystkie ich przejawy.

Oto jest dowód, że mówienie o problemach, publiczne ich naświetlanie, walka o prawa gwarantujące godność tym, którym kiedyś jej odmawiano, przynosi efekty. Dlatego warte uwagi i szacunku są wszystkie inicjatywy – i stojący za nimi ludzie – którzy mają odwagę głosić prawdy niepopularne; narażając się na obcowanie z okrucieństwem usiłują temu okrucieństwu zapobiec.

Ale w upublicznianiu ludzkiego bestialstwa należy zachować umiar; nie można przekroczyć granicy, za którą tępi się wrażliwość, a pozostaje już tylko zobojętnienie. Podobnie jak nie warto trwać w przekonaniu, że złu da się przeciwdziałać jedynie poprzez wciśnięcie ikonki „lubię to” (bo właściwie co lubię?!).

Niestety; niczego nie rozwiąże najświętsze nawet oburzenie. Ani mowa nienawiści, której cechą jest eskalowanie różnic i zmniejszanie pola kompromisu. Bardziej perspektywiczne wydaje się myślenie w kategoriach nieustannego udoskonalania prawa, oraz zadośćuczynienia. Ostatecznie, ktoś brudzi, a ktoś inny sprząta. Każde okrucieństwo wobec jednego zwierzęcia, można choć częściowo zrównoważyć aktem miłosierdzia wobec innego.

Marzy mi się ruch/stowarzyszenie, które w sposób wyważony, ale stanowczy i skuteczny – reprezentowałby prawa tych, którzy nie potrafią przemówić we własnym imieniu.

Przeciwwaga.

Wyobrażam sobie… huśtawkę, nieruchomą, zdecydowanie przechyloną na jedną z szal. Widzę, jak coraz więcej chętnych wdrapuje się na jej drugi koniec. Kiedyś, pewnego dnia, przeciążona strona oderwie się od ziemi.

To, co powiem teraz, wśród wielu wzbudzi śmiech i niedowierzanie, ale mimo to nie zawaham się. Otóż w izbach ustawodawczych powinno znaleźć się zagwarantowane miejsce dla grup występujących w imieniu zwierząt. Wszak ich jedyną „winą” jest, że przeciwko rywalowi tak potężnemu jak człowiek, nie potrafią zorganizować się w grupy. Ani w żaden inny sposób upomnieć się o swoje prawa. Taka paralela budzi naprawdę niepokojące skojarzenia.

Na co dzień mamy do czynienia z wszechpanującą i wszechrozpowszechnianą obłudą. Całkowitym oddzieleniem produktu końcowego od jego źródła (Krzysztof Forkasiewicz - Zerwane więzi – VEGE 3/2012). Kto – w elegancko zapakowanych kawałkach mięsa, bajecznie eksponowanych produktach mlecznych czy kolorowych jajkach (idzie Wielkanoc!) rozpozna strzępy i udrękę żywych – niegdyś – stworzeń? Dlaczego nie mówi się, że koncerny reklamujące swoje produkty za pomocą słodkich i wzruszających symboli, opierają swą potęgę na krwi i cierpieniu żywych istot? Szczytem hipokryzji są tu ciężarówki przewożące „półprodukt” do rzeźni, a udekorowane podobiznami wesołych, uśmiechniętych, radosnych świnek, baranów czy innych zwierząt hodowlanych. Zakładając realistycznie, że na tym etapie rozwoju ludzkości nie da się wyeliminować ich zabijania, pytanie brzmi następująco: ile z nich zabija się niepotrzebnie? A ile z nich niepotrzebnie cierpi?

Dziwi mnie, że telewizja – czy to publiczna, czy komercyjna – nie oddaje nawet godziny czasu antenowego ludziom, dla których dobro zwierząt jest wartością elementarną.

Takie pośrednie – poprzez brak wskazania alternatywy – wmawianie dzieciom, że zabijanie należy do porządku świata, to polityka mało perspektywiczna. Czy ostatecznie nie padamy więc ofiarą wszechpotężnych lobby spożywczych, tych koncernów-gigantów, które narzucają nam swoją – zafałszowaną – wizję świata, w żaden zresztą sposób nie przyczyniając się do rozwiązania problemu wszechświatowego głodu?

„Pewne procesy nie zachodzą równolegle” – powie niejeden. „Należy zachować właściwą hierarchię wartości”.

Dobrze, odpowiem.

Mimo wszystkich przeciwności i klęsk dotykających rodzaj ludzki, co kilkanaście lat przybywa nas o miliard. W tym samym czasie, codziennie z powierzchni Ziemi znika – lekko licząc – kilkadziesiąt gatunków zwierząt, zaś kolejne tyle trafia na listę zagrożonych wyginięciem. Zwierzętom hodowlanym oferuje się jedynie krótki, pełen cierpienia byt, zakończony w rzeźni. Więc teraz ja pytam: czy o taką hierarchię nam chodzi?

Gdy niewielki promil ludzkości pławi się w delikatesach, zajadając przysmaki w rodzaju foie gras (pasztet z otłuszczonych wątróbek gęsi i kaczek; czy widzieliście jak się go „produkuje”?), jej potężny procent przymiera głodem. Czy wobec tego trudno wyobrazić sobie dzień, w której głodujący dojdą do wniosku, że najlepiej byłoby zjeść sytych? Razem z ich otłuszczonymi wątrobami. Czy kanibalizm gatunkowy aż tak bardzo różni się od międzygatunkowego?

Jeśli taka wizja przyszłości mimo wszystko nas nie satysfakcjonuje, to może warto raz jeszcze przyjrzeć się fundamentom, na których ją stawiamy?

Człowiekowi należy się wybór. I nikt rozsądny nie będzie negował najdemokratyczniejszego ze wszystkich praw. Do podjęcia wyboru potrzebna są jednak dane. I dlatego krzewienie etyki i empatii, przez rodzinę, szkołę – o instytucjach ze swej natury do tego powołanych już nie mówiąc (I choćbym miał dar prorokowania, i znał wszystkie tajemnice, i posiadał całą wiedzę, i choćbym miał pełnię wiary, tak żebym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym – św. Paweł, I list do Koryntian 13,2) – powinno stać się wymogiem chwili, a w dalszej kolejności – normą. Elementarzem człowieczeństwa.

Wracając do punktu wyjścia; filmy o których wspomniałem powinny zostać uzupełnione specjalną planszą, głoszącą że przy produkcji „dzieła” ucierpiały zwierzęta. Jedynym powodem ich niepotrzebnej śmierci była ludzka pycha i arogancja.

Ta pycha i arogancja, która – koniec końców – zawsze obraca się przeciw człowiekowi.

Double Windsor

Codzienne czynności są zazwyczaj na tyle zautomatyzowane, że nie poświęcamy im większej uwagi. Rzecz ma się inaczej, gdy należymy do bardziej nobliwych grup społecznych. W takim przypadku status uwzniośla przyziemność. Już nie idziemy w odwiedziny, tylko kroczymy celem nawiedzenia. Nie nadchodzimy, tylko nadciągamy. Nie dajemy, a ubogacamy. Nie jesteśmy, a istniejemy. Zamiast mówić – głosimy. Nie robimy, jeno czynimy.

Istnieje wszakże pewna aktywność, która z prostej i potocznej staje się nieomal koncertową. Otóż, do czego mianowicie używamy dowolnej maści telefonu? Dzwonimy zeń? Bynajmniej.

Wykonujemy go.

Może się zdarzyć, że również inne – tak z pozoru potoczne i niedoceniane – czynności nabiorą nagle szczególnego znaczenia.

Oto, co przydarzyło mi się całkiem niedawno.

Na kwadrans przed koncertem, wiązałem w garderobie krawat. Gdyby nie konieczność zakładania drania do celów zawodowych, prawdopodobnie nigdy nie opanowałbym tej sztuki. Nauczył mnie jej przed laty pewien przeuroczy Ormianin, prawdziwy filharmoniczny wyjadacz.

Po iluś tam setkach czy tysiącach wiązań ruchy są już na tyle zautomatyzowane, że jedyną niewiadomą pozostaje długość splotu. Bo złośliwiec albo jest krótki jak śledź, to znów długi jak węgorz, prawie nigdy za pierwszym podejściem nie osiągając rozmiaru zdrowego pstrąga.

No więc wiążę ja ci (a właściwie sobie) ten krawat, aż tu nagle zbliża się do mnie anglojęzyczny kolega.

– Co wiążesz?

– Krawat. – Łypnąłem nań w lustrze zdziwionym okiem.

– No pewnie, że nie skarpetkę. Chodzi mi o węzeł.

Zatkało mnie.

– No… rmalny chyba? – odparłem w końcu bez przekonania.

Kolega uśmiechnął się pobłażliwie i zaczął przyglądać się moim poczynaniom ze wzmożonym zainteresowaniem. Już wiedziałem, że pod presją jego spojrzenia wyjdzie mi co najwyżej flądra. Jedna z najnieforemniejszych w historii.

Double Windsor – stwierdził Anglosas autorytatywnie.

I nagle… Poczułem się jak pan Jourdain, który całe życie mówił prozą, nie mając o tym zielonego pojęcia.

– Bądź pozdrowiony, o szlachetny synu dumnego narodu – wygłosiłem do kolegi, kładąc mu dłoń na ramieniu. Odstąpiłem od zwierciadła. Majestatycznie wymaszerowałem przez łazienkowe odrzwia, prosto w tłum dostojnych, którzy godnie przemierzali świat pełen nieoczekiwanego poloru i blasku…