Kilka różnic między “Śmiercią w Wenecji” a “Avatarem”

 ”Śmierć w Wenecji” jest ekranizacją prozy Tomasza Manna; oprawę muzyczną filmu stanowią fragmenty utworów Gustava Mahlera (między innymi niewyrażalnie piękne Adagietto z Piątej Symfonii). Liga wyżej niż pierwsza. Klasa wyżej niż ekstra. Luchino Visconti był reżyserem pieczołowicie dbającym o szczegół. Jeśli bohaterowie popijali na planie koniak marki Hennessy rocznik 1917, to w karafce nie mogło znajdować się jakieś tam brandy, nie mówiąc już o barwionej wodzie. Z ekranu emanowała prawda. Za obrazem szła głębia (nie mylić ze sztucznie wykreowaną przestrzennością 3D). W mieszance takich ingrediencji realność sztuki stawała się intensywniejsza od codzienności. Aktorom łatwiej było wchodzić w rolę granych postaci, w myśl teorii, że autentyczność szczegółu wpływa na wiarygodność całości (nie jestem pewien czy takowa istnieje, ale załóżmy). Do pewnego stopnia mówimy tutaj o technice aktorskiej Stanisławskiego – a więc utożsamianiu się aktora z kreowaną postacią. Ta metoda – cenna w teatrze – w kinie, a zwłaszcza w telewizji musiała prędzej czy później obnażyć swą nieprzydatność.

Dzisiaj aktor zjawia się na planie z zegarkiem  w ręku i z tymże zegarkiem go opuszcza. Znajomość scenariusza niejednokrotnie ogranicza się do poznania jedynie własnej kwestii, o odpowiedzialności za całokształt dzieła już nawet nie wspominając. Film w coraz mniejszym stopniu potrzebuje aktorów. Wybiera twarze. Znane, popularne i lubiane. Szuka towaru, który ma się jak najlepiej sprzedać. Aktor z krwi i kości będzie coraz częściej zastępowany przez gwiazdy wygenerowane komputerowo. Możliwości kina są nieograniczone. Może pokazać wszystko. Co nie znaczy, że więcej wyrazić. Kino nie traktuje widza jak partnera. Raczej jako obiekt, który należy śmieszyć, tumanić i przestraszać. Charlie Chaplin jednym grymasem twarzy potrafił wzbudzić większe emocje niż wielominutowa sekwencja zagłady świata w produkcji “2012″. Idealnym przykładem filmowego widowiska XXI wieku jest “Avatar”; aktorzy występują zaledwie w części filmu, by wymieniać się na planie ze swoimi elektronicznymi klonami. Przedstawiony w filmie, w stu procentach komputerowo wykreowany świat, w tej samej mierze zapiera dech rozmachem co i poraża kiczowatością. Obraz niepozbawiony jest słusznego skądinąd przesłania ekologiczno-polityczno-kulturowego, wyłożonego jednak ze szczodrością i gracją łopaty od koparki. Czy jest więc w stanie wstrząsnąć sumieniem świata? Wydaje się, że nie. Trudno go zbawiać, zarabiając na tym jednocześnie duże pieniądze.

Między kinem a ludzkim życiem zachodzi wyraźne podobieństwo. Bowiem ani “pokazać więcej” ani “więcej posiadać” nie oznacza “pokazać lepiej” lub” lepiej żyć”. Wręcz przeciwnie; tak w sztuce jak i w życiu, nadmiar prowadzi do przesytu, a niedomówienie – byle tylko nie nadużywane – wyostrza zmysły i intelekt. Nie istnieje dowiedziona zależność między zasobnością portfela a szczęściem. Człowiek poddawany ze wszystkich stron naciskowi konkurencyjności i porównań wpada w końcu w pułapkę zazdrości i zawiści. Stąd już tylko krok, aby niepowodzenie bliźniego odbierać jako powód do osobistej satysfakcji. Czy nie mówimy tu jednak o postawie wykreowanej przez drapieżny rynek rozbudzania i zaspokajania potrzeb, które w gruncie rzeczy są nie do zaspokojenia? Koło błędnych założeń i fałszywych wniosków. A więc co pozostaje? Pochwała ubóstwa? Przaśna kinematografia?

Otóż nie. Miernikiem rzeczy pozostaje smak. Kromka świeżego chleba zjedzona na łące może przynieść więcej doznań kulinarnych niż wyszukane potrawy serwowane w najwykwintniejszych lokalach. Zaś w obecnym sezonie konkurencja i publiczność chylą czoła przed czarnobiałym i w dodatku niemym obrazem zatytułowanym “Artysta”.

Przypadek?

Jutrzejszy dzień przyniesie nowe przepisy kulinarne, modniejsze ubrania oraz szczuplejsze telewizory o zwiększonej przekątnej i udoskonalonej wyrazistości obrazu. Ale tak samo będzie pojutrze i – daj Boże – za wieki i tysiąclecia. I może warto tylko pamiętać, że na przykład “Lalka” Prusa, “W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta, Ballada Chopina czy Sonata Beethovena zachowały świeżość, uniwersalizm i piękno przez wiele, wiele lat. I nie zanosi się, aby kolejne stulecia miały tu cokolwiek zmienić.

Rynek próbuje uczynić z nas byty wykreowane. 

Sztuka daje nam szansę pozostania ludźmi z krwi i kości.

Survival codzienny

– Dokąd? – pani w kasie nie próbowała nawet ukryć znudzenia pracą i niechęci do klienta.  – Szklana Góra, szesnasta trzydzieści.        – Szesnasta trzydziesiąt chyba? Nie wie jak się u nas mówi?

Nieobce są mi różne formy dialektów, ale z takim spotkałem się po raz pierwszy. No dobrze. Nie było sensu zaogniać.

– Ile płacę?

– Siedemdziesiąt dwa.

Ale jednak coś mnie podkusiło.

– A nie siedemdzieści dwa przypadkiem?

– Aż, to bezczelne. Nie dość, że języka nie zna, to jeszcze się naśmiewa. Nietutejszy… – prychnęła z pogardą.

O, to mocna przesada. Przecież ja tu prawie każdy kamień mogę opisać! Szykowałem się do riposty, ale widać za długo, bo zanim wypuściłem przysłowiową parę z ust, w okienku pojawiła się tabliczka. Zastukałem grzecznie, na co kasjerka wskazała napis, z gestem zdającym się mówić: „co, czytać też nie umie?”

Wyszedłam na miasto – głosiło pouczenie.

A gdzie pani tu widzi miasto? – nabazgrałem pospiesznie na kartce brystolu. Liczyła się szybkość reakcji.

– Stop, czas minął – odezwał się wykładowca patrząc na zegarek.

Uśmiechnięta koleżanka z roku wyłoniła się z zaimprowizowanego okienka.

– Nieźle, nieźle – zadowolony adiunkt pisał coś w notesie. – Wzmocniłbym jeszcze pierwiastek agresji, ale postęp jest zauważalny. Następna para, proszę.

Czas się nie dłużył. Zajęcia z ulubionego przedmiotu jak zwykle wyprzedzały wskazówki zegara.

Jedzie pociąg z daleka

– O, znowu się zatrzymuje… Pani, co to jest?! 

– Jak to co? Zima. Mróz. Tory zasypane. Szyny pękają. Zwrotnice zamarzają.

– I jakby pochłodniało…

– No, tak. Grzeje, dopóki jedzie.

– A jak stanie na dobre? Zmarznąć przyjdzie. A może i zamarznąć.

– Eee, zamarznąć to nie. Ciepłe ubrania mamy. Co innego taki kot; niby futerko nosi, ale przecież delikatne, nie na podobne mrozy.

– Lubi pani koty?

– Uwielbiam! Dokarmiam siódemkę, u nas, pod domem. Niektórzy kocią mamą mnie nazywają. Inni znów kręcą kółka na czole. Ale ja wiem, że bez pomocy nie przetrzymają. Ciepłe mleko, niepotrzebne koce. Pomagam, jak mogę. Jeszcze trochę i jakoś do wiosny dociągną…

– No tak…

Chwila ciszy, po której ostatnia z rozmówczyń podejmuje wątek.

– Pamiętam, jak Związek Radziecki się rozpadał. Tyle tego do nas wtedy przyjeżdżało… Azerowie, Tadżykowie, Czukcze, kto tam jeszcze… A zima sroga była, oj sroga. Też wynosiliśmy jedzenie, picie, stare poduchy. Grunt, żeby człowiek serce miał dla… Grunt, żeby człowiek serce miał.

– Otóż to, droga pani, otóż to.

Ze zgrzytem i mozołem pociąg rusza w dalszą drogę.

Ptaki miejskie

Ciągły ubytek areałów wymusza na zwierzynie migracje. Nie inaczej jest z ptakami, które mają ułatwione zadanie; prostują skrzydła i – fru – już są gdzie indziej. Nasi skrzydlaci przyjaciele przemieszczają się chętnie. Gatunek wypiera gatunek, choć czasem dochodzi do koegzystencji. A wówczas o krzyżówki nietrudno.

Grupa ornitolingwistów przeprowadziła pionierskie badania w aglomeracjach, w wyniku których zdecydowała się wyodrębnić kilka nowych odmian. Za udostępnienie wyników szczególne podziękowania składam prof. Jaskółce z Muchołapek, oraz doc. dr habilitowanej, pani Kurce – Drozd z Myszołowów.

Jest pewien element, którego w ptakach nie doceniamy; to ich zdolności naśladowcze. Owszem, wszyscy wiedzą, że papugi, gwarki, czy bliższe nam drozdy i kosy mają w tej dziedzinie niebylejakie osiągnięcia. Jednak nowe osobniki idą z duchem czasu, przyswajając sobie zawołania, bez których w wielkomiejskiej dżungli trudno przetrwać. Samemu zdarzyło mi się kiedyś ustąpić z drogi pędzącemu ambulansowi, który okazał się krewnym paszkota. Zasłuchani w miejskie odgłosy przeważnie nie słyszymy, co ptaki mają nam do powiedzenia. A one mówią to, co słyszą. Jak w krzywym zwierciadle uzyskujemy obraz naszej mowy potocznej.

W pobliżu stadionów piłkarskich zagnieździły się dwa podgatunki, które przynoszą zupełnie nowe spojrzenie na środowisko kibicowskie. Otóż, okazuje się, że tworzą je w zdecydowanej większości czyścioszki (ewentualnie miłośnicy częstego pierzenia) oraz zwolennicy muzyki chóralnej.

Czyścipiór Powtarzak intonuje bowiem z niesłychaną wręcz częstotliwością:

Wypierz dalej! Wypierz dalej!

Niestety, uroczy ten ptaszek ma niejakie trudności z wymówieniem głoski rz, więc zawołanie jego brzmi:

Wy-pier dalej! Wy-pier dalej!

Chórak Sprawiedliwy wyraża z kolei fascynację śpiewem stadnym  (stadionowym), co znajduje wydźwięk w sympatycznej frazie:

Sen-dzia chór! Sen-dzia chór!

Refren ten wydaje się zresztą sugerować, że decyzje arbitrów podejmowane są zazwyczaj przy zdecydowanej, chóralnej wręcz aprobacie miłośników sportu.

Wymieniona para ornitolingwistów jest na tropie dalszych gatunków powstałych z połączenia rodzimych skrzydlaków z elementem ptasim napływowym (nafruwowym). Naukowcy jednak nie chcą dzielić się odkryciami przedwcześnie.

Pomyłka

Jakiś niepisany gest solidarności każe mi zaczepiać ludzi z futerałami. Zwłaszcza gdy są w większej grupie, co może oznaczać tylko jedno: mam do czynienia z muzykami, rycerzami dźwięku tułającymi się po świecie, w naiwnym, acz pięknym przekonaniu, że muzyką da się go naprawiać.

Orkiestra. Tourne. Przelot. Hotel. Próba. Koncert. Sala mniejsza lub większa. Renomowana albo adaptowana. Publiczność entuzjastyczna lub powściągliwa. Ale zawsze spragniona tego, co ją tu przyciągnęło: muzyki.

No więc zaczepiam ja takich wędrowców – w grupie najłatwiej ich spotkać na dworcach i lotniskach – bo interesuje mnie po prostu skąd przyjechali, co zagrają, dokąd wybierają się następnego dnia. Futerały, różnych wielkości i kształtów, ozdobione nalepkami hoteli i sal koncertowych z wszystkich zakątków globu, zazdrośnie skrywają kształty instrumentów, ale… rozpoznaję je bez trudu.

Zazwyczaj.

Oto bowiem padłem ofiarą braku wyobraźni. Lub wręcz przeciwnie: jej nadmiaru.

Grupa mężczyzn o zaśpiewie kowbojskim, sunąca lotniskowym korytarzem, wyposażona w futerały jakby z jednej pracowni, sprawiała wrażenie orkiestry dętej, jakiegoś Alaskan Brass Band, formacji wybitnie maskulinistycznej (bo w końcu jaka kobieta grałaby na instrumencie blaszanym w alaskańskich mrozach?). Bez trudu dawała się zauważyć pewna srogość muzyków, ale nie oszukujmy się: dmuchanie w puzon nie jest na Alasce zajęciem dla mięczaków. Gdy ustnik przymarza do ust, a tu ciągle jeszcze trzeba dąć, to, przepraszam bardzo…

Zgodnie ze zwyczajem postanowiłem zapytać chłopaków, czy rzeczywiście mam do czynienia z orkiestrą dętą blaszaną i co ich do nas sprowadza.

Trombone (puzon)? – rzuciłem domyślnie, wskazując futerał jednego ze srogich, który wydał mi się nieco mniej srogi.

No, man (nie, człowieku). Ten instrument nie służy do grania. – Srogi uśmiechnął się ostrzegawczo. Jego akcent zawierał twarde nuty. Może piękna acz surowa natura rzeźbiła go na kwadratowo?

– Proszę? Więc… – srogi zbił mnie z tropu i wybił z rytmu.

Rifle, man (strzelba, człowieku). Przyjechaliśmy do was trochę postrzelać.

– Do rzutków? – palnąłem naiwnie.

Srogi roześmiał się pogardliwie.

No, man. Do rzutków to możemy u siebie. Do zwierzyny, człowieku – dodał zniecierpliwiony. – U was da się ustrzelić od wilka do żubra. Paradise, man…

– Tak… po prostu, postrzelać?

– Nie, nie po prostu: to kosztuje spore pieniądze… Big money, man… – powtórzył, dziwnie spłaszczając głos i podkreślając słowa gestem, który miał prawdopodobnie symbolizować ogromną kupę szmalu. Chyba jednak nie miałem do czynienia z Jankesem. Ewentualnie z takim, który sądzi, że ma do czynienia z debilem. A może i jedno, i drugie?

– A u was nie można?

– Co ty, człowieku, własną zwierzynę mamy wystrzelać?

– No tak, racja…

Przytłoczony logiką argumentów zaniechałem dalszego kompromitowania się. Srogi przyjacielsko klepnął mnie w plecy (omal nie łamiąc przy tym ręki; mojej rzecz jasna) i ruszył za kompanami, którzy w międzyczasie oddalili się nieco, podążając za pulsującym coraz żwawiej zewem krwi.

I ja poszedłem w swoją stronę, w głębokim przeświadczeniu, że światem rządzi dysproporcja.

Gesty i słowa

vintagraph.com

Kopnięcie piłki jest czynnością neutralną. Jej bezznaczeniowość kończy się jednak wraz z samym gestem. W ślad za nim podążają interpretacje o zabarwieniu emocjonalnym.

Kto kopie?

Dlaczego kopie?

Gdzie kopie?

Przeciw komu kopie?

W końcu: w czyim kopie imieniu?

Podobnie rzecz ma się z większością prostych czynności. Gdy obrastają pajęczyną znaczeń wtórnych, nie sposób dostrzec ich pierwotnego sensu.

Człowiek szczyci się, że od zwierząt różni go poszanowanie tradycji i symboli. Szkoda, że cząstką odróżniającą nie jest w równym stopniu szacunek wobec drugiego człowieka.

Gdy ktoś próbuje poszerzać moje rozumienia świata przez mądrości typu: jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze, przeważnie się z nim nie zgadzam. Moim zdaniem najczęściej chodzi o gest, którego prostota zatarła się w gąszczu omówień.

Jakże łatwo wówczas pomieszać uczucia.

Wyższe z pierwotnymi.

Gęsia skórka

– Jaka kwalifikacja, panie prokuratorze? – Inspektor ociągał się. Wiedział, że takie sprawy się po prostu zamyka. A wątpliwości pozostają. Na wieki wieków.

– Wypadek. – Prokurator wzruszył ramionami. – Zdarza się grom z jasnego nieba, może się zdarzyć wypadek na prostej drodze.

– Ale, aż tak prostej? W aż tak pogodny dzień? Słońce nie mogło go oślepić. Deszcz nie padał. Nawierzchnia jest tam w idealnym stanie. Prócz tego facet był młody, zdrów jak koń. Albo ryba.

– Prawdziwy konik morski – blado zażartował prawnik. – Nawet wziął kurs na latarnię, tylko mu się morska z uliczną pomyliły – brnął z prokuratorską konsekwencją.

– Wie pan, nie drążyłbym zagadnienia, gdyby nie pewien szczegół…

– Tak? – Prokurator ziewnął. Sprawa nadawała się do natychmiastowego zamknięcia. Ale ten inspektor zawsze szukał dziury w całym. Colombo, gęsia jego mać. Prokurator kochał gęsi. A już najbardziej fois gras, który uznawał za – w najwyższym stopniu – godny prokuratorskiego podniebienia.

– Otóż, odtwarzacz kompaktowy zaciął się w chwili wypadku.

– No i?

Hanoi – oficer z trudem powstrzymał niegrzeczną ripostę.

– Ha! No i możemy odtworzyć słowa, jakich mężczyzna wysłuchał tuż przed wypadkiem.

– Jak to, wysłuchał?

– Na podstawie znalezionego w aucie dość pokaźnego zbioru audiobooków…

– …chyba autobooków?..

– … da się łatwo stwierdzić, co było jego ulubionym zajęciem dodatkowym w trakcie jazdy.

– Dobrze, inspektorze, niech pan nie przedłuża, bo mam jeszcze mnóstwo spraw…

Właśnie dosięga cię ręka przeznaczenia…

– Proszę? – Prokurator poczuł, że wbrew logice, włoski pod rękawami białej koszuli stają mu dęba.

– Tak brzmiały słowa, po których samochód z całej siły uderzył w latarnię.

– A cóż to za arcydzieło?

– Jakieś fantasy… Lubi pan ten gatunek?

– Inspektorze. Niech mi pan nie zawraca głowy. Z tym, to proszę do psychoanalityka, a nie do mnie.

Prawnik wstał energicznie i pożegnał się z policjantem.

Niech to gęś kopnie.

Gęsia skórka obejmowała coraz większe połacie jego ciała.

Sensacja archeologiczna

Grupa szwedzkich naukowców odnalazła dowody mogące świadczyć, że Salomonowi udało się nalać z pustego.        W próżne – twierdzi ironicznie doktor Besserwisser, przewodzący konkurencyjnej ekipie. Ale to tylko takie austriackie gadanie.

Pod koniec ubiegłego roku, w ruinach zachodniopołudniowej flanki świątyni Salomona, natrafiono na pakamerę zagraconą niezwykłą ilością skorup. Wśród nich odkryto dwa pojemniki, które, dla pewnej obrazowości, nazwiemy tutaj butelką i szklanką.

Potężny król, wielka budowla i tylko dwa całe naczynia?!

Autorzy pracy opublikowanej pod nazwą “Salmon w olejku” dowodzą, że u schyłku życia mądry władca zamknął się w owym pomieszczeniu, dokonując w nim – prócz żywota – także imponującej liczby prób. Niestety, ich rezultaty przyprawiały mędrca o frustrację. W jej wyniku, znakomita większość naczyń została po prostu rozbita.

Tu jednak dochodzimy do najważniejszego. Otóż, drobiazgowa analiza chemiczna wykazała, że w naczyniu a, czyli butelce, cytuję: nie stwierdzono śladowych nawet ilości jakichkolwiek osadów, które znajdujące się wewnątrz płyny musiałyby po sobie zostawić.

Odnaleziono więc butelkę – ideę, ucieleśniony symbol pustki, choć, niejako przy okazji, badacze zwracają uwagę na amforalną formę, której krągłości i obłości bez trudu wywołać mogły (bo i dziś wywołują) obraz ponętnej hurysy.

Jednocześnie badanie naczynia b – kielicha, wykazało niezbicie, że znajdują się w nim pozostałości jakiegoś płynu. Łzy rozpaczy lub pot niemocy – twierdzi Besserweiser zgryźliwie.

Tymczasem, nic podobnego.

Szwedzi twierdzą bowiem, że mamy do czynienia z drobinkami… wina, o zawartości alkoholu w granicach 14 – 17 procent. Ponieważ trunek nie mógł znaleźć się w kielichu bez uprzedniego nalania – a, jak stwierdzono nie(roz)zbicie, butelka była sterylnie czysta – przyjęto sensacyjne założenie: w końcowej fazie eksperymenty króla powiodły się!

Co za tym idzie, proponuję rozważyć natychmiastową zmianę krzywdzącego twierdzenia; jego nowa wersja powinna brzmieć:

Salomon potrafił nalać nawet z pustego.

Inna sprawa, że wokół nas mnożą się przykłady mogące świadczyć, że powyższa umiejętność stała się nieomal pospolitą, wyzutą z najmniejszej choćby aureoli paranormalności. Cóż jednak leją ci współcześni Salomonowie?

Wodę! I to kranówę najgorszego sortu!

Może warto by ją wzbogacić choć paroma kroplami oliwy, która sprawiedliwie wypłynie na wierzch?..

Przebudzenie

Obudził się lekki i wypoczęty. Zasługa dobrego snu, czy miłych perspektyw nadciągającego dnia? Się zobaczy. Jak dotąd, unikał rąk konkurencji. Pytanie brzmi, jak długo jeszcze się uda? Na przekór niepokojącej myśli poderwał się z łóżka. Kołdra wydawała się lekka niczym puch. Przecież jest puchowa – uśmiechnął się.

Kiedy świeciło słońce, w załomach rolet pojawiało się trochę złota. Starego złota, jak na obrazach mistrzów. Tak, miał tę swoją wstydliwą słabość. Nie obnosił się z nią; po co narażać się na pośmiewisko?.. Muzea, obrazy – kogo to interesuje? Chyba tylko jako obiekt do zrobienia. Ale oni grali w innej kategorii. Tu się liczył konkret: towar i kasa, cios i strzał, gorzała i lasencje. A ze sztuki to kręgle, no i jakieś dobre kino, typu Masakra piłą tarczową. A może nawet Pulp fiction.

Lubił podchodzić  do okna w niepewności. 

Podciągał roletę i dopiero wówczas otwierał oczy, by przekonać się czy świat tonie w szarzyźnie, czy raczej pławi w słońcu.

Wydawało mu się, że płynie, nie dotykając nogami podłoża, a tworzące go atomy prześlizgują się między drobinkami powietrza. Naraz zrozumiał, że widzi pomimo zamkniętych oczu. Przenika wzrokiem na drugą stronę zasłon. 

Skryty za nimi świat był tego dnia łagodny i piękny. Przypominał obraz, który wrył mu się w pamięć. Autorem był jakiś australijski malarz. Nikt nie domyśłał się, że to na jego cześć używał nicka Kangur.

Odwrócił się.

I wówczas dostrzegł… siebie, w brązowo-beżowej piżamie, z twarzą zastygłą ni to w grymasie, ni – w uśmiechu. Podpłynął do łóżka.

Było podziurawione serią z broni maszynowej. Podobnie jak opuszczone ciało. Drobiny puchu ciągle wirowały w powietrzu, osiadając na twarzy, która z obserwującej stała się obserwowaną.

Jednym odepchnięciem wypłynął na zewnątrz, zatrzymując się dopiero na żwirowej alejce. U jej końca dostrzegł dwie umykające sylwetki. Mężczyźni wskoczyli do samochodu, który ruszając z impetem wystrzelił spod kół fontannę kamieni. Mogli być szybsi od wiatru; wiedział, że już mu nie umkną. Ich los był od teraz w jego – no właśnie, czym? Mógł ich gonić, wyprzedzać bez wysiłku, igrać niczym kot z myszami…

Ale… 

Sprawy jeszcze wczoraj  żywotne i aktualne, ważniejsze od samego życia, nagle przestały go interesować. Dewaluowały się w okamgnieniu, niczym bezwartościowe akcje. Przestrzeń gwałtownie wypełniała się obrazami, aż dotąd ukrywanymi, tłamszonymi, spychanymi w niebyt.

Dotarł do krainy przeczuć.

Tytuł

Obudziłem się w euforii; wyśniłem doskonały pomysł na tytuł. Kto choć raz zmierzył się z zagadnieniem, ten wie, że napisanie książki, to łatwizna w porównaniu z nadaniem jej nośnego miana. 

Ileż to razy, w trakcie pracy łapie autora nagły lęk: płynie, a nie wie dokąd, pędzi, a bez gwarancji, że się nie rozbije. Dokąd pisanie go zawiedzie? I czy go nie zawiedzie? A więc blednie powoli, bowiem prędzej czy później przyjdzie mu się zmierzyć z wyzwaniem bodaj czy nie największym: wtłoczeniem rozbuchanej zawartości do ziarna, wepchnięciem barokowej treści do praatomu; zawarciem w jednym, dwóch, trzech słowach tego, co wymagało kilkuset stronic objaśnienia. 

Odwróćmy sytuację – mając nazwę, jest w pozycji uprzywilejowanej. Nic nie stoi na przeszkodzie, by wyruszył, gdzie tytuł poniesie. Pisanie z gotowym tytułem, to jak podróż z drogowskazem, rejs z nawigacją, jazda z GPS-em.

Cóż więc tak wspaniałego przyśniło mi się? Uwaga, oto jest!

Mniejszość większości

Genialne, nieprawdaż? Jaka przestrzeń się otwiera, lądy niezaludnione, morza niezarybione, przestrzenie niezaptaszone… Po chwili coś mnie jednak ukłuło. Przecież mniejszość większości, to po  prostu mniejszość. Więc po co tej “większości”? Zmartwiłem się. Bo z kolei sama “mniejszość” brzmi, przyznajmy, nieokazale, drobnicowo… Mniejszość, czyli skarlała większość… No, to może odwrotnie?

Większość mniejszości

Niby nieźle, ale problem ten sam. Czymże innym jest większość mniejszości jak nie – po prostu – większością? Ta sama pułapka, tylko przewrócona do góry nogami.

Trzeba inaczej. Mniejszość mniejszości. Tylko czy przypadkiem… No tak, mniejszość mniejszości to znowu tylko mniejszość, w dodatku już nie paradoksalna a tautologiczna. Podobnie będzie więc z Większością większości

Więc co, do pękniętego pióra; nie istnieje dobry tytuł?!

Nie na tej – ślepej – uliczce. “Coś czegoś”, da się zawsze wyrazić jednym słowem.

Na przykład Groza poranka to będzie Budzik. Zieleń parku – Trawa. Uroda słonia – Trąba. I tak dalej…

Ale weźmy coś p l u s coś. Coś i coś. A, tu sytuacja się zmienia.

Na przykład Wojna i pokój.  Damy i huzary. Krakowiacy i górale. Gucio i Cezar. Zbrodnia i kara. Harry Potter i czara ognia. Tych tytułów nie da się wyrazić jednym słowem. (Tytułów = Ty + tułów, ale to już co innego, analiza raczej w miejsce syntezy).

I tak oto doszedłem do ostatecznej konkluzji. Tytuł nowej ksiażki będzie brzmiał:

Mniejszość i większość

Tu jednak tknęło mnie znienacka, że mniejszość i większość to po prostu całość. A Całość – cóż to znowu za tytuł? Całość to wszystko. Wszystko to kosmos. Kosmos to wszechświat. A wszechświat to nieskończoność. I jak tu zabierać się do napisania książki o takiej zawartości bazowej?

Już ja tam zacznę sobie coś pisać; to  łatwiejsze od wymyślania tytułu – co zresztą przyznałem na początku.